Jak dobrze mieć jedno hasło do wszystkiego (poza kontem bankowym…). Marylin Monroe zapisywała swoje myśli w formie luźnych notatek. Ja żałuję, że swego czasu wyrzuciłam wszelkie swoje pamiętniki (swoją drogą, cóż musiało w nich być, że uznałam destrukcję za najodpowiedniejszą formę zabezpieczenia informacji?). Dobrze, że jest kawałek bloga, co prawda nikt już o nim nie pamięta, zresztą nigdy nie bywały tu tłumy, natomiast fajnie poczytać samą siebie. Tak po roku, na okrągło. Rzecz jasna, po kwestiach z tamtych notek nie ma już śladu, ale może tym bardziej jest to cenne?
   Nie postudiowałam zbyt długo, po raz kolejny okazało się, że to nie to, że lepiej zrezygnować i pomyśleć, co dalej. Tak całkiem po polsku – zwiałam z uczelni (zwiewam właściwie, do piątego…), dajcie spokój, to nie dla mnie, ja nie umiem, chociaż ostro wmawiam sobie, że owszem, umiem, tyle, że może nie na tym kierunku…? Ani nie na tamtym. No, właściwie, to nie wiem, na jakim. Jak się dowiem, to prawdopodobnie coś z tym zrobię, podobno nigdy za późno nie jest.
   W sprawach sercowych, przez rok, jakby to ująć, nic się nie zmieniło, działo się natomiast dość sporo. „Nic się nie zmieniło” nie występuje tu bynajmniej w formie pozytywnej. No dobra, nie owijając w niepotrzebne przenośnie, trafiam na kretyńskich tumanów, po prostu. Czasem dla odmiany trafi się psychol a czasami typowy facet, o zgrozo…
   Za to mój kot jest coraz starszy, coraz grubszy i coraz chętniej ze mną sypia. A że tłuszczu i futra od groma, to śpi mi się przyjemnie. Jeśli idzie o pozostałe kwestie, które sprawiają mi radość, to trzeba wspomnieć o nowym aucie, muzyce, którą na szczęście można odkrywać w nieskończoność i kukurydzianych chrupkach o smaku czekoladowym, które kosztują śmieszne pieniądze. Krewetek w dobrej cenie niestety ostatnio nie dane mi było zlokalizować… ;)