co-sie-stalo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2011

Dzisiaj też

1 komentarz

   Podobno nazywa się to prawo serii, chociaż bardziej pasowałoby prawo cholernego pecha, albo prawo zagęszczenia kichy w czasoprzestrzeni. A to, że przejechałam dodatkowe 20 kilometrów mogę tłumaczyć chyba tylko chęcią dosłuchania do końca kawałka, który zresztą idzie w kółko. Takie to logiczne.
   Po wysłuchaniu na prawie historii o pseudozwiązkowych problemach
mojej młodszej koleżanki, stwierdziłam, że młode dziewczyny walczą zawzięcie o tytuł największych kretynów z młodymi facetami. Nie potrafię ocenić, kto wygrywa. Na szczęście w kategorii pozwalania traktować się jak ładnie powiedziane zero nie biorę udziału od jakiegoś czasu. Właściwie jestem poza większością kategorii z racji mojego wyalienowanego pożycia.
   Nie mam więcej weny. Dobranoc.

Z roku na rok ciężej mi się to czyta. Dzisiaj kompletnie nie umiałam umieścić sobie w czasie tamtych wydarzeń, a każda kolejna notka zadziwiała mnie datą i zawartością.
Piszę, bo spotkałam go dzisiaj. I to właściwie jedyny minus mojej nowej uczelni. Trzeciej już. Patologia. Ponieważ był to któryś z kolei raz – nie zdziwiłam się zbytnio, serce nie stanęło, tylko się zatłukło, nie zatrzymałam się i nie przestałam mówić tego, co mówiłam. On za to został przyłapany na zdziwieniu i z powodu szoku odezwał się słowem „cześć”. Niecenzuralnie nazwany w myślach, zapomniał, że urwał ze mną kontakt jak gdyby nigdy nic. Nie pytajcie, w którym miesiącu jakiego roku, nie wiem, nie wyczytam tego nawet stąd. To jedna wielka zmielona czasowo masakra, Dawno. Czas zapieprza.
Po urwaniu kontaktu – szczerze mówię – od dawna nie wspominam, nie myślę na ten temat, mistrzyni wyrywanych kartek z mózgu. I tylko dzisiaj wieczorem, kiedy młoda wybyła na nocne odwiedziny, stanęłam w kuchni nad bagietką i przypomniałam sobie tamtą kuchnię i nóż z masłem. I jego i mnie. I jego słowa, które podpowiadają mi teraz, że to było już w tym etapie po spadnięciu z równi pochyłej. Gdzieś tam na dole jeszcze staliśmy. Nie wiem kiedy, nie wiem gdzie ani jak długo.
Przypomniałam sobie to i moje słowa z rozmowy telefonicznej z K. o tym, jakie to piękne a jednocześnie tak normalne – być. Rozmowa odbyłą się kilka mięsięcy lub tygodni przed wspomnianą kuchnią. To było tak normalne i tak oczywiste, że teraz nie mam wgryzających się w głowę wspomnień. Muszę wytężać umysł. Na ten temat – bardzo rzadko. Ale czasem mi wolno. Na przykład dzisiaj, żeby wykorzystać ciszę i pustkę w pokoju. I żeby zastosować efekt usunięcia jednego problemu za pomocą innego.
Cztery akapity, a ja nie napisałam tego, z czym przyszłam. Jego skóra, wysokość, kształt. Przyjemna temperatura.
Wspomnienia wracają. Chusteczki na szafce pod lustrem. Drobne na stoliku. Muzyka. Konstrukcja na kręgosłupie. Czekanie pod szpitalem. Sms rano, spod poduszki, od niej, o kręgach, wypadek…
Wiem, że nie jest sam. Właściwie, to patrząc obiektywnie, zostałam zastąpiona. Taką jedną, z tych idealnych i bez bagażu. Mówił mi o niej, w międzyczasie. A ja sluchałam i zadawałam pytania. Kompletnie nie wiedziałam, co się kroi. A powinnam. Byłam tak zamroczona, że chyba tylko puknąć się w łeb.
A najgorsze są te jego najlepsze wtedy słowa, dźwięczące w głowie – „tak właśnie robi kobieta która mnie kocha”. Wszystko może stracić znaczenie.

Z roku na rok ciężej mi się to czyta. Dzisiaj kompletnie nie umiałam umieścić sobie w czasie tamtych wydarzeń, a każda kolejna notka zadziwiała mnie datą i zawartością.
   Piszę, bo spotkałam go dzisiaj. I to właściwie jedyny minus mojej nowej uczelni. Trzeciej już. Patologia. Ponieważ był to któryś z kolei raz – nie zdziwiłam się zbytnio, serce nie stanęło, tylko się zatłukło, nie zatrzymałam się i nie przestałam mówić tego, co mówiłam. On za to został przyłapany na zdziwieniu i z powodu szoku odezwał się słowem „cześć”. Niecenzuralnie nazwany w myślach, zapomniał, że urwał ze mną kontakt jak gdyby nigdy nic. Nie pytajcie, w którym miesiącu jakiego roku, nie wiem, nie wyczytam tego nawet stąd. To jedna wielka zmielona czasowo masakra, Dawno. Czas zapieprza.
   Po urwaniu kontaktu – szczerze mówię – od dawna nie wspominam, nie myślę na ten temat, mistrzyni wyrywanych kartek z mózgu. I tylko dzisiaj wieczorem, kiedy młoda wybyła na nocne odwiedziny, stanęłam w kuchni nad bagietką i przypomniałam sobie tamtą kuchnię i nóż z masłem. I jego i mnie. I jego słowa, które podpowiadają mi teraz, że to było już w tym etapie po spadnięciu z równi pochyłej. Gdzieś tam na dole jeszcze staliśmy. Nie wiem kiedy, nie wiem gdzie ani jak długo.
   Przypomniałam sobie to i moje słowa z rozmowy telefonicznej z K. o tym, jakie to piękne a jednocześnie tak normalne – być. Rozmowa odbyłą się kilka mięsięcy lub tygodni przed wspomnianą kuchnią. To było tak normalne i tak oczywiste, że teraz nie mam wgryzających się w głowę wspomnień. Muszę wytężać umysł. Na ten temat – bardzo rzadko. Ale czasem mi wolno. Na przykład dzisiaj, żeby wykorzystać ciszę i pustkę w pokoju. I żeby zastosować efekt usunięcia jednego problemu za pomocą innego.
   Cztery akapity, a ja nie napisałam tego, z czym przyszłam. Jego skóra, wysokość, kształt. Przyjemna temperatura.
   Wspomnienia wracają. Chusteczki na szafce pod lustrem. Drobne na stoliku. Muzyka. Konstrukcja na kręgosłupie. Czekanie pod szpitalem. Sms rano, spod poduszki, od niej, o kręgach, wypadek…
   Wiem, że nie jest sam. Właściwie, to patrząc obiektywnie, zostałam zastąpiona. Taką jedną, z tych idealnych i bez bagaży. Mówił mi o niej, w międzyczasie. A ja sluchałam i zadawałam pytania. Kompletnie nie wiedziałam, co się kroi. A powinnam. Byłam tak zamroczona, że chyba tylko puknąć się w łeb.
   A najgorsze są te jego najlepsze wtedy słowa, dźwięczące w głowie – „tak właśnie robi kobieta która mnie kocha”. Wszystko może stracić znaczenie.
   


  • RSS