co-sie-stalo blog

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Dzisiaj też

1 komentarz

   Podobno nazywa się to prawo serii, chociaż bardziej pasowałoby prawo cholernego pecha, albo prawo zagęszczenia kichy w czasoprzestrzeni. A to, że przejechałam dodatkowe 20 kilometrów mogę tłumaczyć chyba tylko chęcią dosłuchania do końca kawałka, który zresztą idzie w kółko. Takie to logiczne.
   Po wysłuchaniu na prawie historii o pseudozwiązkowych problemach
mojej młodszej koleżanki, stwierdziłam, że młode dziewczyny walczą zawzięcie o tytuł największych kretynów z młodymi facetami. Nie potrafię ocenić, kto wygrywa. Na szczęście w kategorii pozwalania traktować się jak ładnie powiedziane zero nie biorę udziału od jakiegoś czasu. Właściwie jestem poza większością kategorii z racji mojego wyalienowanego pożycia.
   Nie mam więcej weny. Dobranoc.

Z roku na rok ciężej mi się to czyta. Dzisiaj kompletnie nie umiałam umieścić sobie w czasie tamtych wydarzeń, a każda kolejna notka zadziwiała mnie datą i zawartością.
Piszę, bo spotkałam go dzisiaj. I to właściwie jedyny minus mojej nowej uczelni. Trzeciej już. Patologia. Ponieważ był to któryś z kolei raz – nie zdziwiłam się zbytnio, serce nie stanęło, tylko się zatłukło, nie zatrzymałam się i nie przestałam mówić tego, co mówiłam. On za to został przyłapany na zdziwieniu i z powodu szoku odezwał się słowem „cześć”. Niecenzuralnie nazwany w myślach, zapomniał, że urwał ze mną kontakt jak gdyby nigdy nic. Nie pytajcie, w którym miesiącu jakiego roku, nie wiem, nie wyczytam tego nawet stąd. To jedna wielka zmielona czasowo masakra, Dawno. Czas zapieprza.
Po urwaniu kontaktu – szczerze mówię – od dawna nie wspominam, nie myślę na ten temat, mistrzyni wyrywanych kartek z mózgu. I tylko dzisiaj wieczorem, kiedy młoda wybyła na nocne odwiedziny, stanęłam w kuchni nad bagietką i przypomniałam sobie tamtą kuchnię i nóż z masłem. I jego i mnie. I jego słowa, które podpowiadają mi teraz, że to było już w tym etapie po spadnięciu z równi pochyłej. Gdzieś tam na dole jeszcze staliśmy. Nie wiem kiedy, nie wiem gdzie ani jak długo.
Przypomniałam sobie to i moje słowa z rozmowy telefonicznej z K. o tym, jakie to piękne a jednocześnie tak normalne – być. Rozmowa odbyłą się kilka mięsięcy lub tygodni przed wspomnianą kuchnią. To było tak normalne i tak oczywiste, że teraz nie mam wgryzających się w głowę wspomnień. Muszę wytężać umysł. Na ten temat – bardzo rzadko. Ale czasem mi wolno. Na przykład dzisiaj, żeby wykorzystać ciszę i pustkę w pokoju. I żeby zastosować efekt usunięcia jednego problemu za pomocą innego.
Cztery akapity, a ja nie napisałam tego, z czym przyszłam. Jego skóra, wysokość, kształt. Przyjemna temperatura.
Wspomnienia wracają. Chusteczki na szafce pod lustrem. Drobne na stoliku. Muzyka. Konstrukcja na kręgosłupie. Czekanie pod szpitalem. Sms rano, spod poduszki, od niej, o kręgach, wypadek…
Wiem, że nie jest sam. Właściwie, to patrząc obiektywnie, zostałam zastąpiona. Taką jedną, z tych idealnych i bez bagażu. Mówił mi o niej, w międzyczasie. A ja sluchałam i zadawałam pytania. Kompletnie nie wiedziałam, co się kroi. A powinnam. Byłam tak zamroczona, że chyba tylko puknąć się w łeb.
A najgorsze są te jego najlepsze wtedy słowa, dźwięczące w głowie – „tak właśnie robi kobieta która mnie kocha”. Wszystko może stracić znaczenie.

Z roku na rok ciężej mi się to czyta. Dzisiaj kompletnie nie umiałam umieścić sobie w czasie tamtych wydarzeń, a każda kolejna notka zadziwiała mnie datą i zawartością.
   Piszę, bo spotkałam go dzisiaj. I to właściwie jedyny minus mojej nowej uczelni. Trzeciej już. Patologia. Ponieważ był to któryś z kolei raz – nie zdziwiłam się zbytnio, serce nie stanęło, tylko się zatłukło, nie zatrzymałam się i nie przestałam mówić tego, co mówiłam. On za to został przyłapany na zdziwieniu i z powodu szoku odezwał się słowem „cześć”. Niecenzuralnie nazwany w myślach, zapomniał, że urwał ze mną kontakt jak gdyby nigdy nic. Nie pytajcie, w którym miesiącu jakiego roku, nie wiem, nie wyczytam tego nawet stąd. To jedna wielka zmielona czasowo masakra, Dawno. Czas zapieprza.
   Po urwaniu kontaktu – szczerze mówię – od dawna nie wspominam, nie myślę na ten temat, mistrzyni wyrywanych kartek z mózgu. I tylko dzisiaj wieczorem, kiedy młoda wybyła na nocne odwiedziny, stanęłam w kuchni nad bagietką i przypomniałam sobie tamtą kuchnię i nóż z masłem. I jego i mnie. I jego słowa, które podpowiadają mi teraz, że to było już w tym etapie po spadnięciu z równi pochyłej. Gdzieś tam na dole jeszcze staliśmy. Nie wiem kiedy, nie wiem gdzie ani jak długo.
   Przypomniałam sobie to i moje słowa z rozmowy telefonicznej z K. o tym, jakie to piękne a jednocześnie tak normalne – być. Rozmowa odbyłą się kilka mięsięcy lub tygodni przed wspomnianą kuchnią. To było tak normalne i tak oczywiste, że teraz nie mam wgryzających się w głowę wspomnień. Muszę wytężać umysł. Na ten temat – bardzo rzadko. Ale czasem mi wolno. Na przykład dzisiaj, żeby wykorzystać ciszę i pustkę w pokoju. I żeby zastosować efekt usunięcia jednego problemu za pomocą innego.
   Cztery akapity, a ja nie napisałam tego, z czym przyszłam. Jego skóra, wysokość, kształt. Przyjemna temperatura.
   Wspomnienia wracają. Chusteczki na szafce pod lustrem. Drobne na stoliku. Muzyka. Konstrukcja na kręgosłupie. Czekanie pod szpitalem. Sms rano, spod poduszki, od niej, o kręgach, wypadek…
   Wiem, że nie jest sam. Właściwie, to patrząc obiektywnie, zostałam zastąpiona. Taką jedną, z tych idealnych i bez bagaży. Mówił mi o niej, w międzyczasie. A ja sluchałam i zadawałam pytania. Kompletnie nie wiedziałam, co się kroi. A powinnam. Byłam tak zamroczona, że chyba tylko puknąć się w łeb.
   A najgorsze są te jego najlepsze wtedy słowa, dźwięczące w głowie – „tak właśnie robi kobieta która mnie kocha”. Wszystko może stracić znaczenie.
   

o matko

1 komentarz

Jak dobrze mieć jedno hasło do wszystkiego (poza kontem bankowym…). Marylin Monroe zapisywała swoje myśli w formie luźnych notatek. Ja żałuję, że swego czasu wyrzuciłam wszelkie swoje pamiętniki (swoją drogą, cóż musiało w nich być, że uznałam destrukcję za najodpowiedniejszą formę zabezpieczenia informacji?). Dobrze, że jest kawałek bloga, co prawda nikt już o nim nie pamięta, zresztą nigdy nie bywały tu tłumy, natomiast fajnie poczytać samą siebie. Tak po roku, na okrągło. Rzecz jasna, po kwestiach z tamtych notek nie ma już śladu, ale może tym bardziej jest to cenne?
   Nie postudiowałam zbyt długo, po raz kolejny okazało się, że to nie to, że lepiej zrezygnować i pomyśleć, co dalej. Tak całkiem po polsku – zwiałam z uczelni (zwiewam właściwie, do piątego…), dajcie spokój, to nie dla mnie, ja nie umiem, chociaż ostro wmawiam sobie, że owszem, umiem, tyle, że może nie na tym kierunku…? Ani nie na tamtym. No, właściwie, to nie wiem, na jakim. Jak się dowiem, to prawdopodobnie coś z tym zrobię, podobno nigdy za późno nie jest.
   W sprawach sercowych, przez rok, jakby to ująć, nic się nie zmieniło, działo się natomiast dość sporo. „Nic się nie zmieniło” nie występuje tu bynajmniej w formie pozytywnej. No dobra, nie owijając w niepotrzebne przenośnie, trafiam na kretyńskich tumanów, po prostu. Czasem dla odmiany trafi się psychol a czasami typowy facet, o zgrozo…
   Za to mój kot jest coraz starszy, coraz grubszy i coraz chętniej ze mną sypia. A że tłuszczu i futra od groma, to śpi mi się przyjemnie. Jeśli idzie o pozostałe kwestie, które sprawiają mi radość, to trzeba wspomnieć o nowym aucie, muzyce, którą na szczęście można odkrywać w nieskończoność i kukurydzianych chrupkach o smaku czekoladowym, które kosztują śmieszne pieniądze. Krewetek w dobrej cenie niestety ostatnio nie dane mi było zlokalizować… ;)
   

Kolejna

4 komentarzy

    Niestabilny laptop na wielkiej poduszce z wizerunkiem Małej Syrenki. Na tyle sztywnej, że każdy klik klawiatury przechyla go ostrzegawczo na boki.
    Prawie się z nim rozstałam, ale okazało się, że chomikowanie pieniędzy w ten nieprzychylny dla mnie czas odniosło efekty całkiem niezłe. Laptop więc zostaje, zresztą podobno jest dobry (odkąd wiem o nim coś więcej, niż to, że jest biały, pracuje mi się na nim lepiej), w związku z tym głupotą byłoby go sprzedawać. Za góra trzy miesiąc będę go potrzebować bardziej, niż zwykle.
    Akapity to wcale nie taka głupia sprawa, ciekawa jestem, jak wyglądać będą na blogu, bo w okienku edycji wprost nieziemsko pomagają w wylewaniu jako tako spójnych mysli. To kolejny przejaw zjawiska nazywanego przeze mnie (od dziś, na potrzeby notki…) wyjściem z letargu umysłowego. O zasadach gramatyki i ortografii coś tam wiem, jak każdy, lub może troszkę tylko więcej, ale faktem jest, że rzadko kiedy chce mi się wcisnąć serdecznym palcem shift po kropce. Może problem leży w nieprawidłowym sposobie pisania, może mam złą technikę, a klawisz shift przypisany jest któremuś z innych palców? Podobnie jak alt, tworzący polskie znaki. Komu by się chciało? I tak wiadomo, co mam na myśli. Ale, ale…. Właśnie o tym mowa… Mnie się CHCE! Wciskam wszystko, co potrzeba i od razu czuję się lepiej.
    A wydawałoby się, że okres wielce niesprzyjający. Jesień, ciemno o 17-tej, zimno od rana do nocy, ubogo w kwestiach firmowo-finansowych. Nawet ten okres trzymiesięcznego zauroczenia właśnie minął. No, przynajmniej teoretycznie. I zdrowotnie cierpię. No mogiła.
    Czymże jest spowodowany ten nagły przypływ sił, przejawiający się w dokładności klawiaturowej? Zakończeniem okresu kiepskiego? Okresu, który był jaki był, nie tragiczny, ale w większości kwestii bez perspektyw na rozwój…. Czy to takie zwarcie i gotowanie ;) w zwiazku z nadchodzącym nowym? Nowym czymś, do czego przeprowadzę z przyszłości dwie ważne osoby?

Nie umiem się przywiązać. Umiem w ciągu jednej chwili się odwiazać.
——————-
I to tyle w kwestiach zrozumiałych.
——————-
Wystarczy moment, jedna myśl, żebym zniknęła. Wystarczy się obrócić, zamknąć oczy, postanowić. Chirurgiczna precyzja szybkich cięć. Bezboleśnie, niezauważalnie. Jeszcze gorzej, że równie szybko się pojawiam. Szczęśliwa, zwarta i gotowa. I nic. Zaraz, albo trochę bardziej potem, przychodzi na myśl jedno z tych kilku fatalnych w skutkach sformułowań a wtedy jakby ktoś nacisnął mi off’a.
——————-
Nie wolno się angażować, nie wolno się cieszyć, nie wolno planować. Żadnych planów, to podstawa.

A poza tym, to z komputera dochodzą dźwięki przerażające. Nie wiem, czy dokończę notkę. Zresztą – nawet nie wiem, czy ją dokończę.
—————————–
Długo nie pisalam, ale i tak ostatnie zapiski nie oddaliły się tak, jak chciałam. Wciąż na samej górze strony… trzeba więc czegoś nowego, co przukuje uwagę. No i tu problem nie do przeskoczenia. Ciepło ale nie do końca. Spokojnie, ale niezupełnie. Pogodzona ale tylko po części. Wiem co robić, a raczej czego nie robić.
—————————–
No to nie robię ale ileż można? Po całej zimie udało mi się w końcu zachorować na długi majowy weekend. To dobrze, przynajmniej miałam przykrywkę, „dlaczego to panna Agnieszka siedzi w domu?” Chociaż pewnie zdrowa – jeździłabym tym moim żółtkiem jajka po ulicach. Udało mi się też zrobić to, o czym kiedyś pisałam, ale oczywiście nikt nie skojarzy, o co chodzi, bo piszę, jakbym przyjmowała duże dawki chemikaliów (co zresztą robię, w postaci pyłu przyjmuję). Po zrobieniu – okazalo się, że wcale niekoniecznie musiało to nastąpić. I że najlepiej jest chwilę przed, tylko bez zbędnych domysłów. Kicha jednym słowem. O i nauczyłam się jeszcze, że można wiele, jeśli się czegoś chce. I teraz, mając dowód, będę na wszystko bardzo uważać.
—————————–
Niunia, jestem w domu, tam, gdzie zwykle, Drugie pytanie pozostawię bez komentarza ;) Albo skomentuję – jak ja mogłabym wyjść za mąż? Ja?? Ja wyjdę koło 30-ki za rówieśnika albo jutro za starca ;) O ile znajdę.

No nie wiem

1 komentarz

A teraz coś, co znam bardzo dobrze, udawanie, że mam sklerozę zbliżoną rozmiarami do amnezji. Wszystko po to, żeby myślał, że jego założenia przystankowe podziałały. 

———————-

W zasadzie na tym powinno się zakończyć notkę i większego głupa już z siebie nie robić. Trochę żenadą zajeżdżam. A tego chyba nie chciałam. W połączeniu z ostatnim wywodem w ciemnościach – nie można już pisać nic.

Idzie rak.

—————-

Dziwne, że z każdą zmianą pracy znajduję się coraz bliżej domu. Ciekawe, kiedy zacznę kolekcjonować pieniądze. Nie rusza mnie to, że coś się komuś nie trzymalo i wraca do starej. 

—————-

Niech będzie. 

W zasadzie, to wcale nie czuję się źle. Poza cholernymi nogami, jeszcze bardziej cholernym kręgoslupem i najbardziej cholernym niewciskającym się „c”, wszystko gra. Spłodziłam sobie miłe chwile, Cztery godziny standardowo skondensowały się w parę chwil na przyszłość, ale to właśnie te słynne chwile. A więc warto.

————————–

Kolejne dni zaowocują pewnie tym, czego się spodziewam. I jak to w tym ich normalnym świecie – to, co spodziewane wywoluje mniejszy lęk, niż z nieba spadnięte. 

————————–

Nigdy nie pisałam notki tak dlugo. Nie jest to wina szpiców. To Twoja wina, bo wyrywasz mnie na wiatr, deszcz i ciemność. Co prawda osłaniasz, ogrzewasz i rozjaśniasz, ale fakt faktem – minęły dwie godziny odkąd próbuję napisać coś ciekawego. W domu nie padają niewygodne pytania. W pokoju można rozmawiać bez podsłuchu.

————————–

Czuję, że to, co skasowałam, parę notek temu dzwoni mi znowu w uszach.

————————–

Nie w kościele, ale w uszach.


  • RSS