co-sie-stalo blog

Twój nowy blog

Chyba tylko jutro. Ale może przyjmę to wcześniej. Im wcześniej, tym lepiej. Dreszcze są przerażające. Dreszcze nie pozwalają się skupić, rodzą strach.

Dzisiejszy dzień od rana byl dniem zimnym, ale to, co dzieje się teraz przekracza temperaturę zamarzania wody.

Gorąca herbata nie pomoże, a jeśli uda mi się ją na siebie wylać, to nawet zaszkodzi.

Kiedy to minęło. Jakim cudem nie udało się zatrzymać cholernego czasu i procesu, który ten ze sobą przyniósł. Powinnam się schować. Nie, nie teraz. Wtedy, bo dzisiaj mogłoby być łatwiejsze.

Nie, nie wtedy. Dzisiaj, bo wtedy było łatwe.

Chyba tyle mi wolno. Tyle tego, o czym nie mogę napisać – wolno mi to przeżyć. Nawet, jeśli wyglądam komicznie (tragicznie?), to właśnie tak chcę wyglądać. Nie mogę dziś wyglądać inaczej. A tym bardziej jutro. Sobota będzie zimna. Lodowata.Całe dwa dni do przodu. Cały rok do przodu. A może do tyłu? Cofam się, czy jak? 

 

W zasadzie.. zgadzałoby się to z moimi autobusowymi przemyśleniami z rana. Nie rośniemy z wiekiem, malejemy. Tracimy siebie. Dzień po dniu.

Podeszłam pod mur. Groził zawaleniem. Zrozumiałe dla nieobecnych. Szlag. Dolna powieka już nigdy się tak nie ułoży. 

Myślicie, że te nieposkładane myśli pomogły mi? Że ulżyło mi po ich wyrzuceniu z głowy? Nic z tego. Boli. 

O ile przygotowywanie przemówień dla szerszej publiczności w formie pisemnej da się jakoś wytłumaczyć, o tyle spisywanie własnych przemysleń dla samej siebie, żeby cokolwiek z nich zrozumieć jest już mniej normalne.

————-

Na początek może wpadałoby się przyznać, że jestem cholernie nerwowa, sfrustrowana i czepialska. Może jeśli odpuszczę trochę zwykłym śmiertelnikom, będzie mi się żyć przyjemniej. Im pewnie zresztą też. Zwłaszcza tym, którzy dzielą ze mną sztućce. A tak poważnie rzecz biorąc – nie wiem, skąd mi się to przyplątało, to czepianie się wszystkiego i wpadanie w furię w tempie błyskawicznym. Może wyrosnę? A może powinnam w końcu zacząć pracować nad sobą, bo chyba pozytywne działanie na mój charakter negatywnych zdarzeń już minęło. Laba się skończyła, teraz trzeba się trochę wysilić. No, trudno się mówi.  

————-

Mam fajną Szefową, strasznie wysoki krawężnik przed pracą i nowy pędzelek do kwiatuszków. Codziennie rano otwieram drzwi, szczęśliwa, że powiew liquidu smaga moją twarz. ;) 

————-

Moje dziecko wygonilo mnie z dużego pokoju, mówiąc: „Idź stąd, to mój pokój!” Lat dwa i pół. „Cicho i nie gadaj. Rozumiesz?”

O kurde, czytelnicy.

1 komentarz

W związku z tym, że się jednak pojawiają, powinnam chyba trochę uprościć styl wypowiedzi, ale nie bardzo wiem czy potrafię. Najprościej byłoby chyba schować się do mysiej nory i nic więcej już nie pisać. Ale, że wszystkie cztery ( ;) ) wiemy, że nie jeste w stanie tego zrobić,  przechodzę teraz do meritum.

————-

O tym, że Grzesiek nie żyje powinnam chyba napisać najprościej, jak potrafię.
O ile w ogóle powinnam pisać.
Co ja wiem? Nic.
Nie wiem, czy to ich motor ściął zakręt, czy tamten drugi.
Nie wiem, czy to Byku prowadził, czy może jednak Grzesiek.
Nie wiem, jak blisko byli od uniknięcia tragedii. Może parę piw? Tego też nie wiem.
Nie wiem, czemu tak koniecznie chciał, żeby Byku po niego przyjechał akurat wtedy.
Nie wiem, czemu wracali przez Wilkasy a nie przez Rudą.
Nie wiem, dlaczego ze wszystkich Jagodniaków właśnie on.
Nie wiem, czemu nie był już w Krakowie. Tydzień wcześniej. Dzień wcześniej.
Dlaczego stało się to dzień przed jego urodzinami?

————

O ile pisanie o tym powyżej przynosi niejaką ulgę i przychodzi dość łatwo, o tyle słowa „wyrazy współczucia” nie przeszły mi przez palce. Boję się chyba przypieczętowania tej tragedii. Liczę na cud, zupełnie nierozsądnie. Paraliżuje mnie cierpienie innej osoby. Nie świadczy to chyba o mnie najlepiej. Boję się. Czuję się mała.

————

Idę do pracy.

Co prawda link do niego znajduje się w jednym jedynym miejscu w sieci, ale jest tak obłożony innymi cudami, że jest pewnie jeszcze mniej widoczny, niż gdyby miałoby go tam nie być.
———-
Nie mam dziś weny. Od tygodnia zimno i mokro. Znowu wchodzę w fazę czekania – tym razem na cieplejszy czas. Plus stanu obecnego jest taki, że mogę bardziej pokombinować w kwestii odzieży. Gdyby ktoś trafił w mieście na osobę w dwóch spódnicach naraz, to byłam to ja i było to wczoraj.
———-
Jutro ktoś bierze ślub i ma wesele. Panna młoda zamarznie pewnie żywcem, suknia do 20cm ponad chodnikami nabierze koloru czarnego, krok wspomagać będzie wbijanie obcasów w warstwę błota pokrywającą ziemię. Lepiej nie będzie w hotelu, czy innym domu weselnym – klimatyzacja skierowana dokładnie w jej stolik wychłodzi ją okrutnie, kieliszki będą zimne, tort będzie zimny (zęby…), jak już ściągnie te monstrualne szpile koło godziny 4 nad ranem, to posadzka też będzie zimna. I prawdopodobnie też śliska. Ja mam ten komfort, że jako gość nieznany mogę wskoczyć nawet w sportowy polar i nikomu nic do tego.

Długie. Rzucające się w oczy. Drapiące. Włażące między klawisze
komputerowe. A do tego każdy jest inny, choć udało mi się resztką
silnej woli zachować je w tej samej tonacji.

———–

Wczoraj miałam urodziny. Stwierdziłam przy okazji, że jest to dzień przykry dla mnie, z bliżej nieokreślonych powodów.
W tym roku był to dzień inny od reszty.
Po pierwsze – świeczka była jedna i prosta. Żadne tam hurtowe ilości,
żadne cyferki, nawet w jednym kawałku ta świeczka się nie uchowała
przed dmuchaniem.
Po drugie – świeczka została zdmuchnięta zaraz po zapaleniu, tyle, że przez Oliwkę.
Po trzecie – jak już udało mi się usunąć świeczkę – zapaloną ponownie -
z zasięgu podmuchu Oliwki, stwierdziłam, że w zasadzie to ja nie mam
życzenia w tym roku. Więc zdmuchnęłam płomień, myśląc „Bez życzenia!”.
Oczywiście, że miałam powód – od paru lat nie spełniło się żadne moje
życzenie urodzinowe.
Po czwarte – życzenia złożyła mi tylko jedna teściowa, a nie tak jak rok temu – dwie.

———–

Jestem przerażona, bo z miliona ogłoszeń o pracę, zawieszam oko najdlużej na tych skierowanych do młodych i atrakcyjnych. Czysto hipotetycznie rzecz jasna, bo ja dyspozycyjna jestem tylko do 12:30… w dzień!

Po-przerwa

Brak komentarzy

Im bardziej wrzesień się zbliżał, tym większa pojawiła się ochota na nierobienie niczego, zwłaszcza włączanie komputera.
Ale, że komputer niezbędny do poruszania się po Krakowie (spróbuj wsiąść za kółko bez płyty z mp3-kami…), no to włączyłam.
A w związku z tym, że myśli moje od paru dni skierowane są w stronę tego wszystkiego, na co przez 3 lata nie było głowy i czasu, zjawiłam się i tutaj.
Wrodzone lenistwo przegrało ze zboczeniem prawie-zawodowym. Błąd w przedostatniej notce był wystarczającym powodem, żeby się zalogować. No to przy okazji napiszę, że już wróciłam.
———-
Miesiąc w ciszy. Nie łudziłam się, więc pretensji nie mam, że nie odpoczęłam. Ale odmiana zaistniała.
Mazury składały się z jezior, dwóch domków (i trzeciego z dziurawym dachem) i próby <tego, czego nie powinnam tu nazywać po imieniu, bo wykopałabym sobie tym samym grób, a i tak nie byłoby to tym w pełni, z racji swojej fizycznej niemożliwości>.
———-
W przyrodzie występuje tęsknota zbiorowa. Tęsknota jest ponad jednostką. Tęsknota to wielka sieć, która łapie wszystko po kolei. W związku z tym, że przyjęłam tę tezę, trochę łatwiej jest mi o tym myśleć. Powinnam jeszcze odnaleźć odpowiednie proporcje tego wszystkiego, jakoś w boki ją popchnąć, tęsknotę, żeby nie była moim głównym składnikiem.
Moglabym też nie tęsknić, ale wtedy musiałabym nie tęsknić.
———-
Moglabym też nie tęsknić, ale wtedy musiałabym nie tęsknić.
Powtarzam to zdanie, żeby potwierdzić jego poprawność.
———-
Otwarłam zeszyt na stronie z zapisanymi wczoraj pomysłami na moją kilkugodzinną wolność. Lista średnio-imponująca, to tak, jak więzień wychodzi na wolność i podobno też nie wie, co ze sobą zrobić. Na pewno wyciągnę płytę z komputera i przełożę do radia samochodowego. Poszukam wyprzedaży. Nie będę dziś tęsknić, chyba, że trafię na którąś z TYCH piosenek, wśród nagranych stu czterdziestu dwóch.

Rudo-zielona, nawet nie wiesz, jak dużo nas łączy.
Nie napiszę tego na forum, bo wiązałoby się to z ujawnieniem wszem i wobec, że dobrze nie jest, ale uważam, że powinnyśmy przeszłość kopnąć w dupę.
Co z tego, że znają nas na wylot? Może jeszcze powiedział Ci, że wróci; chwilowo tylko – nie?
Co z tego, że znamy ich na wylot? Może jeszcze wydaje nam się, że poznałyśmy dzięki nim głęboką prawdę?

Poważnie, daj sobie siana, takie rzeczy w przyrodzie się nie zdarzają.

——–

Dzień dobry. Zaczynam dzień od gryza kofeiny i poszukiwań Mandziaka w sieci. Jego kawałka w zasadzie. I tego drugiego, lepszego kawałka, również. (O tym młodszym kawałku mowa).

——

Teraz część notki tzw. do ludzi.
Za dni parę wyjeżdżam daleko (nie łudzić się, nie aż tak daleko…). Będzie trawa, dużo trawy, drzewa, komary, maślaki pomiędzy pierwszym a drugim domkiem, w stronę lasu, muchy przed kiblem, niestabilna ławeczka przed wejściem, długa droga do świata bardziej ucywilizowanego, choć nie do końca…

Wezmę do kieszeni garść mp3jek, walnę się na koc (prawdopodobnie stanie się to dopiero po 22, jak latorośl padnie) i wypuszczę w mazurskie powietrze większość trosk uzbieranych od ostatniego razu, czyli w ciągu 3 lat. Zatruję Jagodne jak najgorsza rura wydechowa. Dobrze, że tam tyle fotosyntezy się rozgrywa.

Świat jest dziwny, ostatnio miałam obawy, że już nigdy nie wrócę, bo jak można z własnej woli wciskać się w krajobraz tak potwornie się kojarzący?
A można. O ile straszne wspomnienia umysł był w stanie wymazać… po prostu ich nie ma. Albo inaczej – zakodował, że nic się nie stało, albo jeszcze inaczej – dobrze się stało (sic!).
(*****************************)
 Kusi mnie, żeby usunąć kilka ostatnich zdań i chyba to zrobię, zostawię tylko bieżące, żeby zaznaczyć, że coś było i zniknęło. Dobry kompromis.

2:
Nie patrz tak na mnie. Nie z tej pozycji.
Widać, że myślisz, ciężkie myśli… głupia, mogłam się domyśleć, że w lipcu roku następnego wzok ten będzie przytłaczał.

100407145336:
Nokia N70, z tego co pamiętam. I jej ostatnie kliknięcia w moich dłoniach. Stuk frencha permanentnego, wrześniowe słońce. Belka za głową Kasi. Oliwka z zakolem.

102107150300:
Historia ubioru, październikowa sobota. Afrykański ideał kobiecego piękna i Adam z Ewą przymagnesowani czerwonymi, okrąglymi plastikami. Pani Lidia szuka jednego z tych ważnch zdjęć, co to ich nigdy nie było pod ręką.

Obraz 053:
Że niby kultowa fryzura z „Kill Bill’a”. Nosy mamy podobne, to fakt.

Obraz 282:
Przeżywałam piękne chwile. Odwaga, wiara w siebie. Dyplomy ustawione na najwyższej półce i czarna, prosta grzywka do połowy czoła. Zdcydowanie. Zdecydowanie Oliwka nie jest do mnie podobna.

Obraz 296:
Iowa State University. Strasznie głupio wyglądam, Tak wygląda człowiek zakochany, niestety. Uleczalne.

Obraz 316:
Nie płacz, musisz komentować.
Płacz, komentator to nie narrator.
Moje ulubione. Chyba.
Nie potrafię tylko odczytać wyrazu mojej twarzy. Najbliżej jej do ufności. Tak, świetne słowo.
Nie wiedziałam, że dolne powieki potrafią się tak ulożyć, ani że jestem AŻ TAK naiwna.

Obraz 319:
Moja truskaweczka. Powinna zawsze i wszędzie być moim największym szczęściem, a ja, wyrodna matka, zapominam o tym co jakiś czas, wmawiając całemu światu, że przecież nieszczęśliwa jestem.

Obraz 1039:
Uwielbiałam Twoje motylki. I te koszmarne dekoracje na lampie też uwielbialam. Zwłaszcza srebrny, porwany na części pierwsze łańcuch.
Chciałaś chyba kupić nową choinkę w przyszłym (tym?) roku. A może tamta była nowa?
Oglądając Twoje zdjęcia patrzę najpierw w Twoje oczy, a potem próbuję przeszyć wzrokiem brzuch, sprawdzić, czy były jakieś znaki. Ile ja bym dała, żeby były znaki… pięć miesięcy.
Życzyłam ZDROWIA przede wszystkim. Powiedziałam to niemalże drukowanymi literami.
I nic.

Kiedyś niektóre faktycznie wywołam.
Tyle, że większość tylko i wyłącznie w formie pamiątek z przeszlości, takiej za wielkimi, przeciwwłamaniowymi drzwiami.

Nie zrobiłam tego znowu, prawda?
Awaria prądu w Szczecinie dziwnym trafem poodcinała mi co nieco w zwojach i tak naprawdę ostatnia notka wcale nie brzmi mi w głowie. Nie przeczytałam tego, bo nie mogłam nic podobnego napisać!
Przecież wiem, że dalej niż 10 metrów przed maskę mojego Matiza nie warto patrzeć, bo i tak nic nie zobaczę. -5,0 dioptrii na obu oczach, które maskuję przeźroczystymi kontaktami,  zawsze będą rozmazywać mioją przyszłość.
Cholera, widocznie byłam szczęśliwa tych parę miesięcy temu, skoro wyśpiewałam całemu Internetowi (który na szczęście zbyt ogromny jest, żeby usłyszeć o czym bloguję), że  wybieram się  za morze.  To są  te chwile, o których śpiewał miły Pan, a może nawet dwóch Panów całkiem niezależnie od siebie. Szkoda, że milczeli w temacie pozostałości po tych chwilach.
Postanowienie na dziś – w czasie, kiedy siedzę za szybą, próbując wabić pięknym uśmiechem klientki a może nawet i klientów, będę robić sobie w notatniku, na ostatniej kartce, która kiedyś stylowo pożółknie (o ile te XXI-wieczne kartki będą żółknąć), spis tych pięknych chwil.

A to wszystko, żeby Niunia wiedziała. ;)

W przyszłym roku jedziemy z Oliwką do Londynu. Muszę tylko załatwić parę spraw i zrobić kilka rzeczy, żebym tam mogła znaleźć miłą pracę.

Jedziemy do mojego przyszłego Męża. :)


  • RSS