co-sie-stalo blog

Twój nowy blog

Za co?

Za to, że okazałam się być tylko człowiekiem i to dość słabym.
Nie na tyle silnym, aby wznieść się ponad swój własny ból.

Gdyby stało się inaczej, niż się stało – nie powiedziałabym dziś, że przeżywam właśnie najpiękniejszy czas w życiu. Przeżywałabym po prostu kolejny taki czas. Szukam usprawiedliwienia w słabościach człowieka jako-takiego. Ważne, że się podnosimy. Czasem za późno, czasem nie w porę, albo w nieodpowiednim czasie – wtedy nam wstyd i kopiemy sami siebie. To była dygresja…

Sprawa wygląda więc następująco – przegapiłam najpiękniejszy moment mojego życia, prześlizgnęłam się przez niego po tafli moich łez.

Dzisiaj dzieje się co innego. I chyba powinnam być szczęśliwa, że umiem się cieszyć.
Że umiem się cieszyć – w końcu.
Że umiem się cieszyć – mimo wszystko.

Wiem, że przyjdzie kolejny moment, kolejna próba, druga szansa. Wtedy na pewno okoliczności będą lepsze a ja wykażę się odpowiednim podejściem.

Wierzę w to, że tym razem będzie to najszczęśliwszy okres w moim życiu. Nie zawaham się rzucić w wir radości. A Ty będziesz ze mną.
Wy będziecie ze mną.

Kocham was oboje najbardziej na świecie.

Powiem tak.

Jeśli czytający zrozumiał powyższe zdanie jako odpowiedź na najważniejsze dla Kobiety pytanie ;) to niech myśli tak dalej. Nie jest w błędzie.

Wracając do sedna sprawy… powiem tak:

Jestem najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Widocznie należę do tej grupy ludzi, którzy do życia potrzebują drugiej połowy, a do życia szczęśliwego – odpowiednio dopasowanej drugiej połowy.

Moja połowa jest właśnie tym kogo zawsze szukałam. Chciałabym teraz powtarzać wszystkim, których spotkam na swojej drodze, że to się po prostu wie. Taka oczywistość. To nie ma nic wspólnego z wiarą, bo ta niepodparta jest żadnymi dowodami. To jest czysta nauka, ugruntowana wiedza, pewnik, konkret, fundament wszystkiego, co nastąpi.

Wszystko nastąpi tylko dlatego, że ten fundament zaistniał.

Nie wiem, czy budował się przez te lata, kiedy się znamy, czy może powstał nagle w tamtym konkretnym momencie, czy też istniał zawsze, a ja dopiero teraz potknęłam się o niego, ubijając sobie boleśnie-radośnie stopę.

Po raz pierwszy nie jestem w stanie panować nad myślami, wędującymi daleko, ciężko wpleść je w zdania, do jakich jestem przyzwyczajona, czyli w zdania zawikłane. Przekraczam granicę absurdu, tracę wątek, prawdopodobnie to efekt szoku, w jakim jestem obecnie. Najgorszy szok, to zauważyć bardzo późno coś, co towarzyszy nam od dłuższego czasu (zwłaszcza w ciemnym pokoju ;).
Tak zwane olśnienie.

Podskórnie czuję, że ja po prostu posiadłam wiedzę najgłębszą w danym temacie, teraz powoli przyzwyczajam mózg do tej informacji, paredziesiąt godzin porządnego snu i – ogarnę.

Wisi nade mną lampa…

Aż prosi się, żeby ją włączyć. Chociaż półmroku nie lubię – nie włączę! Będę uparcie czekać na światło słoneczne. Na jasne światło. Nie te szarobure, męczące oczy fotony, uderzające mnie w gałki oczne.

Lecz jeśli posłuchać mojego ex-rektora, to wcale mnie nie uderzają. W ogóle nic nie jest w stanie mnie dotknąć. Bo elektrony odpychają się wzajemnie i nie zetkną się nigdy. Spryciarze. Raczą mnie łaskawie wrażeniem dotyku, które zresztą sama muszę sobie wyprodukować w mózgu.

Skoro potrafię wyprodukować uczucie dotyku, dostając tylko oddziaływanie międzycząsteczkowe – może jestem w stanie wyprodukować też inne uczucia?

Składam zamówienie na sporo optymizmu. Żeby wystarczyło do najbliższego pięknego, słonecznego dnia.

Marzec

1 komentarz

Od piątego marca (poniedziałek) będzie wiosna. Koniec i kropka!

Ubiorę wiosenne buty, kurtkę, perfumy i wyruszę na spacer. Autobusem ;) dotrę gdzieś, wysiądę, poczekam, aż autobus oddali się na bezpieczną odległość i wciągnę to świeże, wiosenne powietrze :)

Autobus kompletnie nie pasuje do tej bajki, ale nic innego (a na pewno nie moje nogi, nie obudzone jeszcze z zimowej drzemki) nie przetransportuje mnie na rynek. Niech więc będzie ten autobus – dla dobra sprawy.

„Wykonywany” dodałam, żeby tytuł nie wyglądał tak tragicznie…

Ale generalnie chodzi o to, że się zawiodłam. Żyjąc sobie w czterech ścianach i czekając na powrót słońca, much, biedronek mrówek, których nie chciałam nigdy podeptać i zielonego żywopłotu, z którego codziennie urywam po jednym liściu… Czekając na wiosnę, zapomniałam jak to jest żyć i odczuwać.

A tu proszę – ktoś przypomniał mi za pomocą kija bejsbolowego. Podziękowałam i zapamiętam. Zawiodłam się na kimś, komu chcę teraz opowiedzieć o tym zawodzie, wypłakać się i ponarzekać.

Szok pourazowy chyba jeszcze trzyma.

Zaczyna się Rok Świni.

Bardzo, kurde, śmieszne.

Podobno przyniesie wiele możliwości, duży potencjał, trzeba to będzie umiejętnie wykorzystać. Wiem jak (po prostu), wiem kiedy (wkrótce), nie wiem z jakim skutkiem.

Teraz uczepiłabym się wszystkiego. Najgłupszego horoskopu z najgłupszej gazety, za najgłupszą cenę kończącą się na 99-ciu groszach. Byle przeczytać jedno pocieszające słowo. Żeby tylko podniosło mnie na duchu.

Najchętniej uczepiłabym się Twoich ramion. Albo lepiej „boczków”, które pokazałeś mi w tajemnicy przed całym światem, bo nie powinnam wiedzieć o ich istnieniu. Ani o istnieniu tego uczucia między nami.

Świnka ma już trzy lata.
Odkąd ją kupiłam, zamieszkuje u mnie w pokoju pewną półkę.
Nie trafiła w ręce tego, do kogo trafić miała, bo byłam zbyt nieśmiała.
Nie znałam życia, nie znałam Jego i nie znałam siebie.
A co najgorsze – nie znałam przyszłości, jaką miało mi zgotować niedoręczenie świnki.
W tym roku dowiedział się o niej. Niestety w związku ze stanem teraźniejszym – którego kiedyś przewidzieć nie mogłam – świnka pozostanie u mnie.
Ale być może kiedyś to się zmieni.
Ta historia nauczyła mnie, żeby nigdy, przenigdy, pod żadnym pozorem nie mówić nigdy – bo jeszcze się to „nigdy” przyciągnie do siebie.

Nazwa tak prosta, to i blog i notki proste. Jako, że wszelkie smutki mają już swe miejsce w tej sieci (na szczęście dość odległe), tak więc tutaj zagości jedynie moja codzienność wyciśnięta z łez. Bo – wbrew pozorom – coś jeszcze z niej zostanie po tym zabiegu.

Prognoza pogody nie sprawdziła się wcale – z wyjątkiem tego, że w nocy będzie ciemno, a w dzień jasno (nie do końca…), siedzę więc w domu, w kuchni, przy komputerze. Dziecko śpi, oddycha ciężkim domowym powietrzem, ja zaspałam z wietrzeniem pokoju, dlatego teraz cierpimy. Myślę,że wspaniały wpływ miałoby na mnie otwarcie okna, to mroźne powietrze, które dziś ma temperaturę powyżej zera a mimo to dla mnie wciąż jest mroźne. I trzeźwiące. Mając jednak na uwadze zdrowie Oliwki, siedzę i kiszę się tu teraz przy kawie, nie zdradzając żadnych oznak trzeźwości.

Na oddychanie przyjdzie czas.


  • RSS